poniedziałek, 6 sierpnia 2007

Jocelyn Brown - Somebody else's guy (1984)


Zastanawialem sie co tu wrzucic w sumie.Wiedzialem ze na pewno to bedzie jakas discodiva.Pierwszy strzal - Cheryll Lynn.Ale stwierdzilem ze za bardzo oklepane i w ogole pozniej i tak sie pojawia w skladankach..Amanda Lear odpadala bo nie chcialem byc za bardzo chamski,malo kto ja lubi chociaz kilka numerow ma genialnych.Donny Summer czy Diany Ross odpadaja,wszyscy znaja..Bylo jeszcze pare konceptow.Lolleata Holloway juz praktycznia byla na podium.Padlo na na Jocelyn Brown.


Okrzyknieta na poczatku lat 90-tych pierwsza dama housu.Jej wszelakie chorki,featuringi i soulowki na early-housowych i danceowych(nie,to nie ten dance co dj bobo,bynajmniej) sprawily ze diwa konca lat 70tych wrocila do lask.

Urodzona w 1950 roku arystka ma na koncie wspolprace z takimi grupami jak salsoulowy Inner Life czy Musiq.Spiewala takze w najwiekszych hitach Cerrone(you are the one,hooked on you)

Paradoksalnie utwor ponizej pochodzi z ....1984 roku.Ale jakos tak nie brzmi.To chyba moj ulubiony solowy utwor Jocelyn z jedna z najlepszych lini basu w disco biznesie..



P.S Codzienne pisanie tego bloga jakos mi nie idzie.Bynajmniej nie uczy mnie to systematycznosci.Bylo 3go a dzis juz 6ty..coz.

http://www.zshare.net/audio/3001650e7af736/

Disco zwycięży.

3 komentarze:

Kamil pisze...

Wow, basik naprawde niezly, niezły slap, juz się uczę:D wyjątkowo mi się spodobał, riff wpada w ucho. Co do systematyczności... Potrzebujesz po prostu komentarzy, wtedy bedzie Ci sie chcialo pisac, ale tak serio, to lepiej jakosciowo, niz ilosciowo.
A na marginesie, tamtych artystów też jakbyś mógł wrzucic i coś o nich napisac. Nie każdy jednak ich zna^^

Korbol pisze...

Hooked on you to jeden z moich ulubionych kawałków Cerrone, wiec zabierazm sie do słuchania.

Może komentarze rzeczywiscie bedą motywacją do pisania.

Funkoff pisze...

fajnie że zacząłeś używać z-share, w ogóle nie udawało mi się z sendspace nic ściągnąć. apropo postu - ja sam Jocelyn najbardziej lubię w Aint No Mountain High Enough