poniedziałek, 19 stycznia 2009

Dianne Marie - I've Been Waiting Too Long (1982)


No niestety,zjawisko sesji w połączeniu z paroma innymi rzeczami,znów opóźniło działanie bloga.Ale na wszystko chyba przyjdzie czas.

Nowa składanka jest już praktycznie gotowa,i gdyby nie fakt że mam igłę to wymiany i muszę chyba wyczyścić porządnie płyty,już dawno bym wszystko zgrał,ale zrobię to w tym miesiącu na 100%.

Klasyk z preluda.W dzisiejszych czasach takie pojęcie chyba już nie istnieje.Mam na myśli fakt,iż dziś już wytwórnia nie świadczy o jakośći.Oczywiście zdarzają się wyjątki,typu DFA, aczkolwiek sama nalepka wytwórnia , nie daje już takiego złota jak kiedyś.W ciemno brać nie można.A kiedyś było inaczej , teraz jest inaczej - cytując klasyka.

Przed Wami właśnie jeden z takich numerów - KLASYK w pełnym tego słowa znaczeniu.One-hit-wonder, owszem ,ale za to jaki.Doskonałe boogie z 1982,moja fascynacja takim brzmieniem jest coraz większa , toteż będa się tu pojawiać takie numery coraz częscięj.

Dianne Marie - I've Been Waiting Too Long (1982)

Disco Zwycięży

czwartek, 15 stycznia 2009

Amanda Lear - Blood and Honey (1977)

Uwielbiam Amande Lear.Serio.Ale to taka typowa kontrowersyjna gwiazda - kochasz,albo nienawidzisz.

Modelka,aktorka,kochanka,muza i do tego piosenkarka.Dziewczyna z okładki Roxy Music,kochanka Bowiego i muza Daliego.Całkiem niezła w sumie piosenkarka.I gdzieś mam czy była mężczyzną czy nie.Dietriechowska maniera wokalna pod disco produkcje to moim zdaniem jeden z bardziej oryginalnych konceptów tamtej ery.Niestety ,częsta nieznajomość całej twórczości,i ograniczanie się do "Enigmy" z reklamy Kinder Bueno dyskredytuje Amande Lear.A nagrała kilka naprawdę porządnych płyt.O ile można nie cierpieć jej głosu ,to ani o tekstach ani o stronie muzycznej( o którą to byle kto nie dbał) złego słowa powiedzieć nie można.Mam tutaj na myśli oczywiście albumy z lat 70tych,bo późniejszych to nie mam ,a nawet nie słuchałem.Utwór "Blood and Honey " pochodzi z jej pierwszej,ale chyba nie najlepszej,płyty "I am photograph" wyprodukowanej przez Anthonego Moona(Orlando Riva Sound,Charisma) i Harolda Faltermeyera(na początku Donna Summer z Moroderem ,a później w latach 80tych oczywiście Gliniarz z Beverly Hills i Top Gun).Kolejne albumy takie jak," Never trust a pretty face","Sweet revenge" czy nawet "Diamond for Breakfest" z 1980 ,też są na pewno warte sprawdzenia i na pewno znajdziecie tam numery które Wam sie podobają.

Zastanawiałem się czy wrzucić "Queen of Chinatown" czy właśnie "Blood and Honey" ,ale postawiłem jednak na ten drugi i myślę ,że to lepsze rozwiązanie.

Amanda Lear - Blood and Honey (1977)

Disco zwycięży.

niedziela, 4 stycznia 2009

Desmond Child & Rouge - Our Love Is Insane (1978)


Cieżko jest pisać o kimś takim jak Desmond Rouge.Ciężko ,bo żeby wypisać jego zasługi dla przemysłu muzycznego ,trzeba by tu napisąc kilkustronnicowy esej.Ja w sumie pójdę na łatwiznę,i odeślę Was do kilku stron:

http://www.desmondchild.com/
http://en.wikipedia.org/wiki/Desmond_Child

Fajnie?Tak wiem,95% ludzi nie znało Desmonda.Ja przyznam się szczerze,jeszcze z 2 lata temu też.Wstyd bo wstyd ,ale wszystkiego nie idzie ogarnąć,chociaż bardzo by się chciało.Jestem jednak pewien ,że gdyby słuchał regularnie rocka ,to nazwisko przewijało by się równie często co TOM MOULTON MIX na singlach.Ale dlaczego piszę właściwie o rockowym (głównie) producencie i teksciarzu który jest w Rock and Roll Hall of fame i ma za sobą pracę z największymi gwiazdami epoki ?A dlatego ,że paradoksalnie jest on odpowiedzialny za płytę Desmond Child & Rouge z roku 1978.

Dość dziwna,ciekawa rzecz.Połączenie psychodelicznego pop rocka,idącego w kierunku lat 80tych z disco brzmieniem.Cała płyta jest raczej ciężarem do przesłuchania,ale numer który Wam prezentuje wpada niesamowicie w ucho.Zwlaszcza początek.Rozumiem że nie będzie się podobał,ale akurat ja mam słabość do takich narkotycznych chórków i charakterystycznych riffów w tle.Patrząc na okładkę ,jest to płytą której na pewno nie wział bym w sklepie do ręki.No dobra,do ręki może ,ale na pewno nie do koszyka.A jednak pozory mylą,i na takiej płycie może zawsze znaleźć się taki cymes.Bądzcie czujni!


Desmond Child & Rouge - Our Love Is Insane (1978)

Disco zwycięży.


sobota, 3 stycznia 2009

Bruni Pagan - Fantasy (1979)


Tytuł który widzicie to nie jakaś pogańska siostra Carly Bruni tylko tylko artystka która wydała całkiem niezłą płyte,chociaż to dyskusyjne z tego co czytałem.Jedni zarzucają jej zbyt popową maniere i prymitywne produkcje..To troche nielogiczne bo jak nie popowa to jaka miała być..muzyka taneczna tamtego czasu była generalnie popowa."Popularna" bo grali ją na imprezach,ludzie kupowali płyty,a rock ani jazz to nie był.Oczywiście nie tak popowa jak Abba czy Bee Gees,ale niby zawsze..ja tam nie wiem,mi sie podoba,przyjemny kawałek,miło posłuchać,rewolucji nie ma ale wpada w ucho.

Bruni Pagan raczej nie zasłyneła niczym więcej,ale takie czasy.Singiel Fantasy był w sumie hitem,cała płyta mniej,mimo iż produkował ją miedzy innymi geniusz Patrick Adams(Cloud One,Universal Robot Band,Musique,Frisky...u.v.a)Bruni zaśpiewała później jeszcze na projekcie Dave'a Valentina - Loquita,rzadki numer,rzadka płyta.Słowem RARE.

Bruni Pagan - Fantasy (1979)

Disco zwyciezy.


P.S Od nowego roku zmieniam troche formule bloga .Przelozy sie to na wiecej kawalkow,mniej tekstu ktore i tak malo kto czyta:)

wtorek, 30 grudnia 2008

Osses Sound - Top 5 Disco albums (2008)

Funkoff mądry człowiek jest,toteż jego stwierdzenie iż disco było erą nie albumów a singli jest jak najbardziej trafne.Albumy jednak przecież wychodziły,tak więc musiało być coś dobrego..Ale całe dobre albumy?W całości bez żadnego słabego tracka?Wydaje się to mało możliwe biorąc pod uwage że takie płyty zdażają sie strasznie rzadko nawet teraz(ile znacie takich płyt?chętnie usłyszę).

Ja jednak,postanowiłem zrobić sam dla siebie taki mały Top 5.Oto i on.

0.Love and Kisses (Alec.R Costandinos) - Romeo & Juliet (1978)



Nie wiem czy zaczynanie listy Top 5 od zera jest poprawnie matematycznie,z matmy zawsze byłem kretynem.A na disco się trochę(mało,mało...) znam i wiem że ten album jest czymś ponad miejsce pierwsze.Dla mnie czymś ponad wszystkie inne po prostu.Nie umiem napisać jaki jest ten album bo mam wrażenie że każde słowo ujmowałoby mu.Nie ma chyba albumu którego słuchałbym więcej razy.Czasem mam wrażenie że słuchałem go najwięcej na świecie.Costandinos postanowił przenieść klasyczną tragedię Szekspira w w disco szał.W dwóch częsciach,a własciwie w czterech aktach.Znam chyba każdą linijke tekstu na pamięc i obudzony o 5 ranowyrecytował bym ten tekst.Pewnie pomyślicie - zaraz zaraz,Szekspir w rytmach disco - to pachnie tandetą i czizem.Może.Dla niektórych,wielu.Ale fakt że to album koncepcyjny ,pierwszy w swojej dziedzinie,pozwala mu to wybaczyć(oczywiście tym którzy tak sądza..ja nic nie musze mu wybaczać).Do teraz nie mogę uwierzyć że kupiłem go za 9.99........za 199.99 pewnie też bym kupił.Bo to rzecz bezcenna."The Most Excellent and Lamentable Tragedie of Romeo and Juliet..."
The most excellent disco LP.

1.Change - The Glow of love (1980)



Ideał.Płyta absolutnie bez żadnego słabego numeru.Sześć niesamowitych numerów który każdy jest klasą samą w sobie.Zaczynając od bujającego Lover's Holiday,poprzez A girl's affair z niemożliwym do pomylenia basem,dostajemy porcje niesamowitych dzwięków i wokali a dalej jest już tylko lepiej.Cieżko mi wybrać ulubiony utwór z ulubionej płyty,na której teoretycznie wszystkie są ulubione.Ale jeżeli miałbym to zrobić z nożem przy szyji byłby to chyba Angel in th pocket.Nie jestem w stanie powiedzieć ile razy słuchałem w życiu tego numeru.Tytułowy numer to klasyczne boogie z Lutherem Vandrossem na wokalu(Ś.P),wielokrotnie samplowane ,chyba najlepiej znane dzięki Janet Jackson i jej All for you.Przy searching zwalniamy troche wsłuchując się w Luthera Vandrossa któremu śpiewanie przychodzi łatwo jak oddychanie,by przejść później do niesamowitego klasyku earlyitalo The End,w którym to do dzisiaj nie rozponaje niektórych intrumentów.. Jeżeli ktoś powie mi kiedyś prosto w oczy że ta płyta jest SŁABA,skończy jak ofiary Nickiego Santoro w Kasynie Scorcese.Numer jeden.

2.Amant - Amant (1978)


Tak naprawdę,tutaj zaczynają sie schody bo pozostałe płyty są już równie dobre.Jednak na drugim miejscu podium postawiłem Amanta .Płyta z dwoma kilkunastominutowymi kawałkami jest przeze mnie katowana na każdym możliwymy kroku.Który jest lepszy ,If there's love czy Hazy Shades of love?Nie wiem.I nigdy tego nie ocenie.Te bliźniacze pozornie numery mają w sobie taką moc że nie można wyłonić numeru 1.Szkoda że Ray Martinez,który był producentem
Amanta,nie poszedł dalej w tym kierunku i nie nagrał więcej tak genialnych rzeczy.Ale chwalmy go za ten krążek.

3.Cerrone - III(Supernature)(1978)


Miejsce trzecie i trzecia płyta mistrza.Równie dobrze mogłaby być na drugim ale..uznałem że jej nazwa ładniej pasuje do miejsca,ot taki absurdalny argument.Oficjalnie przedstawiam tutaj swoje stanowisko które głośi iż strona B tej płyty czyli numery - Give me love,love is here oraz love is the answer nagrane w nieprzerwanym miksie ,jest najlepszym w historii muzyki disco tematem parkietowym.15 minut roztańczonej ekstaty przy której można puścić płytę,skoczyć na kebab do pobliskiego baru mając pewność że parkiet jest pełen.Zastanawiacie sie pewnie dlaczego jednak nie drugie miejsce albo nawet pierwsze?Mianowicie uważam iż In the smoke ,ze strony A,mimo iż jest miłym numerem nie pasuje troche do klimatu płyty..I za to wymuszony minus.Sorry Cerrone.

3.Don Ray - Garden of love (1978)


Człowiek cień.Tak naprawdę gdyby nie on,kilka płyt z tej listy nie istniałaby..Nie wiadomo w ogóle czy Cerrone czy Costandinos nagraliby takie klasyki jak to zrobili.Malutki napis na każdej z tych płyt "Arranged by Don Ray" zmienia tak wiele.Czytając coś takiego na płycie możemy być pewnie - świetna płyta.I to właśnie ten człowiek cień,Edmunt Dantes disco bizensu wydał album który znalazł się u mnie na miejscu czwartym.Pomyślicie,co to za miejsce?Czemu nie wyżej?Sam nie wiem czemu..Chyba troche za karę.Za karę że nie kontynuował solowych nagrań,bo przy słuchanie Garden of Desire człowiek chce więcej i więcej..A więcej nie było i już raczej nie będzie.Szkoda.Kurde szkoda.

4.Peter Jacques Band - Fire Night Dance (1978)


Peter Jacques Band to tak naprawde change.Tylko troche inaczej.Mniej komercyjnie(oczywiscie w takim pojeciu w jakim Change byl wtedy komercyjny).Bez Luthera,i szybciej.Raczej dużo szybciej i troche ciężej zarazem.Płyta bardzo równa i spójna.Cztery numery,każdy po ponad 8 minut ale nie 9.Tempo nie schodzi generalnie poniżej 125 czyli klasyczne eurodiscowe tempo,jednak nie spodziewajcie sie tutaj Costandinosowych brzmień,jest inaczej,bardziej earlyitalo spod znaku Jacquesa Petrusa.Pierwsze trzy numery są świetne,nię będe się rozpisywał o nich jednak ostatni,Fly me with the wind brzmi jak druga,a raczej pierwsza część The End z płyty Change,z wokalami coprawda ale za to z tymi samymi świetnymi mistycznymi dzwiękami.Świetna płyta,po prostu.Miał ręke Petrus,miał.


Co ciekawe,generalnie panuje opinia że 1979 był najlepszym rokiem dla disco.Trochę się zawsze z tym zgadzałem,poniekąd.A jednak wychodzi że w moim przypadku jest to 1978..No zobacz ,zobacz.
I na dzień dzisiejszy tak to wygląda.I czuję że nie zmieni się długo.Ale mam nadzieję że usłyszę jeszcze tyle disco albumów ,że będe mógł tą listę
zmienić(patrz wyrzucić jedną płytę,bo 4 są wieczne..sami pomyślcie którą)

Disco zwycięży.

French Kiss - Panic! (1979)


Miła rzecz.To dobre określenie dla tego numeru.

Wyprodukowany przez Simon Soussan(ktory notabene zanim zajął się muzyką ,sprzedawał ciuchy) człowieka który dał nam też niezłe Arpeggio.Szybki wyklaskany numer(to chyba trzeba lubić) z piszczącą panienką na wokalu bardzo szybko wpada w ucho i włączamy REPEAT.Swoją drogą cała płyta też niezła,nie rewelacyjna ale niezła.Simon Soussan to jeden z dziesiątek producentów o ktorych generalnie nikt nie słyszał a o ich produkcjach przynajmniej kilku.Taki ludzi było mnóstwo,pozostaje szukać.Ja sam codziennie,dosłownie CODZIENNIE,znajduje informacje o producentach kompletnie z kosmosu..a po nitce do kłębka i tak się znajduje świetne numery.Miłe conajmniej często.A często tak złe że się je aż chce wykasować.


Życze Wam jak najwięcej tych pierwszych i zapraszan do słuchania ,tylko bez Panic!i.


French Kiss - Panic! (1979)


Disco zwycięży.

sobota, 13 grudnia 2008

Boule Noire - Aimer d'Amour (1978)


Szczerze,całym sercem nienawidze języka francuskiego.Nie widze w nim absolutnie nic ladnego,romatnycznego czy wyjatkowego.Mialem na studiach ta watpliwa przyjemnosc obcowania z nim,co zpotegowalo moja niechec.Nie lubie jezyka,a co za tym idzie nie lubie francuskich piosenek.A ze wyjatek potwierdza regule,obecnosc tego kawalka tutaj jest zjawiskowa.

O Georgu Thurstonie wiem niewiele.Powiem wiecej,znalem 2 plyty Boule Noir i na tym bysmy zakonczyli.Mam niestety taka przypadlosc ze LUBIE WIEDZIEC.I wlasnie dzieki niej dowiedzialem sie ze to nie byl byle grajek tylko dosc zasluzona postac kanadyjskiego(tak tak,nie francuskiego jakby to mozna bylo przypusczac) swiata muzycznego.Kilkanascie plyt,produkcja nie znanymi mi w wiekszosci tamtejszym artystom oraz liczne wyroznienia..Czlowiek sie uczy cale zycie.George odszedl od nas kilka lat temu,i jezeli wierzyc internetowi kanadyjski rynek muzyczny zareagowal dosc emocjonalnie bo to postac dla nich zasluzona niewatpliwie.

Tytulowy Aimer d'Amour to downtempowy disco numer z bardzo charakterystycznym wokalem i pieknym damskim glosem w tle(i nie tylko).W tym przypadku sprawdza sie maksyma ze ciezko mowic o muzyce,a trzeba jej posluchac.Oprocz Aimer d'amour warto sprawdzic ,bardzo co prawda popowa ,ale mila w odsluchu plyte Il Me Faut Une Femme ,ktora ma sobie cos naprawde takiego ze wraca sie do niej..nie umiem tego opisac,choc bardzo bym chcial bo intryguje mnie fakt ze podoba mi sie francuska plyta discopopowa nagrana przez czarnoskorego kanadyjczyka....

A zatem:

Boule Noire - Aimer d'Amour (1978)

Disco zwyciezy

P.S zastanawia mnie jeszcze czy tylko ja pomyslalem ze na okladce jest wielka pomarancza na pierwszy rzut oka...niewazne.

Tantra - Hills of Katmandu (1980)


Mamy disco,mamy italo.Sa numery przy ktorych ten podzial klaruje sie bardzo jasno.Czesto po samym roku mozna juz to powiedziec bez sluchania.Ale co jezeli rok jest 1980 ,disco sie jeszcze nie skonczylo calkowicie a italo sie powoli klaruje ?I tutaj umiescimy Tantre.

Celso Valli - czyli czlowiek ktory polaczyl te dwa gatunki.Gladko przeszedl z jednego w drugi,zaglebiajac sie na dodatek w nowy Hi-Nrg.Ciezko bylo chyba sie wtedy wpasowac z czym rewolucyjnym.Ale patrzac na jego produkcje takie jak doskonale Azoto ,mistyczna wlasnie Tantre czy dosc Rare poczatkow albumy Passengers slychac jak szerokie spektrum miala jego wizja.Niektorzy powiedza za to cziz,kicz czy cos niesluchalnego..Nie bede sie klocil,bo rzeczywiscie cale albumy sa dosc specyficzne,zwlaszcza z perpsektywy dzisiejszego sluchacza niektore numery moga sie takie wydac.Ale za takimi klasykami San Salvador czy Hills of Katmandu bede zawsze stal murem.Absolutne disco evergreeny i kazdy zainteresowany ta muzyka(ilu takich ludzi w Polsce?Garstka zapewne) powinien je znac .

Hills of Katmandu to 16 minutowa suita w typowym eurodiscowym tempie,a nawet juz troche szybciej (wplyw HiNrg - a taka mala dygresja - moze to wlasnei Celso Valli wymyslij Hi-nrg?Prekursor na pewno),szepczace wokale,psychodeliczne synty i charakterystyczna gitara...Polecam wsluchac sie tez w tekst.Jeden z najbardziej charakterystycznych numerow z tamtych lat,nie da sie zaprzeczyc.

Sama historia wydawania tego krazka jest bardzo zagmatwana i szczerze juz sam sie w niej nie lapie bo logiki tu nie bylo zadnej..Najpierw singiel,potem plyta Mother Africa(nie slyszalem,podzieli sie ktos?),potem album Tantra(zdecydowanie najbardziej spojny!)Double Album ,potem album Hills of Katmandu(bez tytulowego numeru a z numerami pomieszanymi z Mother Africa..)Pozniej znow singiel ..generalnie czeski film.Polapaliscie sie?Nie?Ja tez srednio,ale to malo w sumie wazne,ot taka ciekawostka przyrodnicza.

Kolejna ciekawostka jest super rzadka wersja Tantry po hiszpansku!Nie slyszalem tego i malo chyba kto ale podejrzewam ze to jest lepsze od oryginalu.Charanga udowodnila jak brzmia hiszpanskie covery mocnych numerow ,w skrocie - miazga.

Dosyc filozofowania..czas na piknik.

Tantra - Hills of Katmandu (1980)

Disco Zwyciezy.

środa, 3 grudnia 2008

Martin Circus - Disco Circus (1979)


O Martinie wiem stosunkowo niewiele,przyznaje sie bez bicia.Oprocz Disco Circus(LP) znam pare numerow i jedna wczesniejsza plyte.Coz rzec,rockowe brzmienie z Francji..i to czesto po francusku wlasnie.Wiem,francuski rock brzmi dziwnie.Ale z tego co pisza to byl wlasnie prekurorem tego "procederu".Ale to niewazne.O rocku nie bede pisal bo generalnie nie przepadam pisac o tym na czym twierdze iz sie raczej srednio znam.Moze lepiej napisze o Disco Circus..Jednym z najwazniejszych utworow w historii muzyki disco.

1979 rok.Generalnie juz po suitach Cerrone,Costandinos konczy prace z Love and Kisses..era suit powoli mija.Era disco powoli tez(chociaz to dyskusyjna sprawa).I tu nagle nieznana na scenie disco grupa z Francji wypuszcza takie cos.

I szok.Utwor gosci we wszystkich szanujacych sie wtedy klubach na calym swiecie z Paradise Garage wlacznie,a Prelude wydaje to u siebie i sprzedaje tyle plyt co w 2008 roku polscy artysci w sumie.W momencie kiedy wedlug krytykow disco umiera ,a raczej zmienia sie w DANCE(ja tego nie wymyslilem!) rockowa grupa z Francji wydaje utwor ktory odbije sie szerokim echem i bedzie przez kolejne lata wielokrotnie samplowany i wspominany jako zrodlo inspiracji dla Dj'ow ,producentow oraz innych artystow.Co jest w nim takiego?Nie da sie tego raczej opisac..Trzeba posluchac.Ale na pewno wszystko co sztandarowy utwor klasycznego kilkunastominutowego disco miec powinien.Dziekuje Ci grupo Martin Circus!

Martin Circus - Disco Circus (1979)

Disco zwyciezy

P.S Co Ci francuzi mieli z tymi okladkami to ja nie wiem..(vide:Cerrone - III)
P.S 2 The History Of The House Sound Of Chicago,The Kings Of Techno
tutaj tez znajdziecie.Mysle ze te skladanki daja do myslenia bo dobrze wiemy ze te serie to dobra ,sprawdzona marka.

piątek, 21 listopada 2008

Gary Criss - Rio De Janerio (1978)



Tak na szybko.Bez zbednych filozofii.
Gary Criss - Rio de Janerio to jeden z tych numerow ktorych moc mozna dostrzec dopiero na imprezie...W sumie znalem go dlugo,ale zawsze jakos tak bez wielkiego podniecenia.Ale kiedy chlopaki z Czikitas Brothers puscili go na imprezie i tlum szalal-dopiero zrozumialem. Cos jest z niektorymi numerami ze ich potencjal odkrywa sie dopiero w okreslonych sytuacjach.Tak jest niewatpliwie z tym numerem.Sam Gary Criss nagral tylko jedna plyte,ale za to wydana w salsoulu,o dosc monotonnej tematyce,sami zobaczie na tytuly:

A1
Rio De Janeiro (8:11)
A2
The Girl From Ipanema / Brazilian Nights (8:33)
B1
Amazon Queen (5:32)
B2
The Lady Is Latin (The Girl Is Bad) (3:57)
B3
My Rio Lady (3:14)
B4
The Calm Before The Storm (4:45)

Tak jak widzicie,raczej zamilowanie do dzwiekow i kultury latynoamerykanskiej tutaj panuje.Klasyk?Nie sadze,ale na pewno cos innego i wartego sprawdzenia.I moge zalozyc sie ze bedziecie nucic refren caly dzien..jak i ja to robilem po imprezie.Poza tym,fajna okladka.Lubie fajne okladki.Te z salsoulu zwlaszcza.Fajne.


Gary Criss - Rio De Janerio (1978)

Disco zwyciezy

wtorek, 18 listopada 2008

Michele Freeman - Where'd you get what you got (1979)


Impreza w Kamforze byla juz pare dni temu,emocje i disco czar opadly,pora zabrac sie do jakiejs roboty..blogowej roboty.

W sumie kolejna skladanka nie jest jeszcze gotowa z czystego lenistwa.No moze nie do konca ale po prostu nie moge sie zabrac.Ostatnio do niczego,a co dopiero do zgrywania i doprowadzania nagran do porzadku.Ale przyjdzie na to czas,zrobie sobie i Wam(?) prezent na swieta.

Aktualnie pozostaje Wam posluchac Michele Freeman.Michele zadna gwiazda nie byla,jedna z wielu wokalistek tamtej epoki.Jeden album,w sumie kilka hitow(Nice and Slow,Tumble Heat) ,jakos sie tam zapisala na kartach tej historii.Jednak co najbardziej sklania do przesluchania tego albumu to to kto go produkowal.Albowiem na okladce wsrod paru ,jako producenta i kogos odpowiedzialnego za klawisze widnieje jedno nazwiska...................................Don Ray.I tu chyba wszystko w temacie.

Jedna z najbardziej enigmatycznych postaci z tamtej ery(notabene wciaz aktywna w kregach).To on stal za sukcesem Cerrone,Costandinosa i Love and Kisses.A jego album Garden of Love?Absolutna miazga.Numer bez slabego numeru,jeden z moich najlepszych zakupow w zyciu.Must have dla kazdego co z disco chce miec cos wspolnego.I to wlasnie Don Ray wyprodukowal utwor Where'd you get what you got - ktory mimo raczej przecietnych wokali jest swietnym instrumentalem..mam nadzieje ze takowy wyladuje kiedys w mojej szafce.Narazie tylko wersja vocal.Sprawdzcie.

Michele Freeman - Where'd you get what you got (1979)

Disco zwyciezy.

czwartek, 13 listopada 2008

15 listopada DISCO ZWYCIĘŻY!!!(ZWYCIĘŻYŁO!!!)


Dzień po Deep Disco Trip w Kamforze (http://www.lastfm.pl/event/741680), odyseja Disco wciąż będzie trwać...

Jeszcze nie opadnie z sufitu pot, pył i łzy po imprezie Eltrona Johna i Funkoffa, a już nastepnego dnia wieczorem, w sobotę 15 listopada we wrocławskiej Kamforze zjawi się Osses. Twórca cudnego blogu o disco http://www.king-of-disco.blogspot.com/ , posiadacz wspaniałej kolekcji winylowych płyt, których często próżno szukać na półce jakiegokolwiek winylowego maniaka w kraju między Odrą a Bugiem.

Wraz z Ossesem zagrają stali rezydenci Kamfory - Czikitas Brothers (http://www.czikitasbrothers.pl) . Ich sety DJ-skie to fuzja klasycznego i klasowego disco z pełnymi miłej aury utworami soulowymi. Często też wkraczają w rejony world music grając czarny afrobeat oraz różne odmiany starej muzyki latynoamerykańskiej. Są konserwatywnymi wyznawcami płyt winylowych, a pliki mp3 puszczają w domu, a nie na imprezach.

Zapraszamy, bo Disco i tak zwycięży!
DISCO ZWYCIĘŻY!
Osses & Czikitas Brothers
15.11.2008 (sobota), godz. 21
Kamfora, Wrocław
ul. św Antoniego 24c
tax 5 zł

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No i po.Ale do teraz jak o tym pomysle to czasem nie wierze.To co sie stalo w nocy z 15 na 16tego listopada w Kamforze przeszlo nasze najsmielsze oczekiwania..
Pelen parkiet od godziny 20.30(!) Do prawie 3ciej...A wierzcie mi ze jest to nie lada wyczyn ,chociazby dlatego ze nie gralismy wolno..bynajmniej.Tempo rzadko schodzilo ponizej 120,a publicznosc wcale wolniej schodzic nie chciala - kilka prob zakonczylo sie fiaskiem..Tak tak,wychodzi na to ze ludzie lubuja sie jednak bardziej w euro niz w funkowych zamulach..Coz,zycie

A tutaj mala probka tego jak to wygladalo,malo widac,ale za to slychac...Najwazniejsze ze widac uniesione w gorze rece - znak disco radosci.Dziekujemy!



Oraz jeszcze jeden filmik,tym razem autorstwa Jagody!



Disco zdecydowanie zwyciezylo tego dni w Kamforze!I zwyciezy jeszcze nie raz!

poniedziałek, 27 października 2008

Andre Gagnon - Suprise(1976)



Jest taki termin w discoterminologii jak Unlikely disco artists.Chodzi tu generalnie o arystow ktory nie zajmowali sie stricte disco,a nawet w ogole nie ,a tworzyli(lub czesciej STWORZYLI RAZ) jakies tam utwory pasujace mniej lub bardziej w stylistyke.Powod?Bardzo prosty-takie czasy,kazdy chcial miec swoj wklad w ta kulture,totez czesto tacy artysci jak Kiss,Rolling Stones czy Rod Stewart chcieli miec w swoim repertuarze cos z "disco".Jednak ten artysta do scisle komerycyjnego grona gwiazd rocka czy ogolnie muzyki nigdy nie nalezal.Co nie znaczy ze jest kiepskim artysta,bynajmniej.

Andre Gagnon,kompozytor muzyki głownie klasycznej nagle w 1976 nagrywa disco instrumentalny numer..szok!No normalnie niemozliwe by szlo pomyslec.A jednak - po wysluchaniu utworu wielokrotnie slychac od razu wyksztalcenie muzyczne..wspaniale pianino wpada w ucho jak po malo ktorym numerze.Powiedziec ze jest piekne,to malo powiedziane.Bebny bardzo podobne do Blood & Honey Amandy Lear,troche jednak przyspieszone,nie odgrywaja tutaj najwiekszej roli..pianino /smyczki i dziwny instrument ktorego nie potrafie nazwac - to wiedzie prym.


Na singlu obok Suprise,wyszlo jeszcze Wow,ktore jest baaaaaardzo podobnym numerem,jednak troche slabszym.Doliczajac do tego utwor Donna mozemy spokojnie zakonczyc przygody Pana Andre z disco.Czy dobrze?

Moze tak,moze nie.Tego sie juz nie dowiemy nigdy,moim zdaniem jednak-gdyby chcial,zrobilby tego wiecej,chociaz balbym sie tutaj o wtornosc.Zrobil.nie zrobil,tak czy siak mamy teraz (nadal)do sluchania dwa klasyki ,ktorymi ten kanadyjski kompozytor na stale wpisal sie do historii Disco.Tak,Disco z duzej litery,nalezy mu sie.


Andre Gagnon - Suprise(1976)

Disco zwyciezy

wtorek, 14 października 2008

Andrea True Connection - What's your name,what's your number (1977)


Bylo.Na pewno juz gdzies kiedys to wrzucalem.Ale to bylo dawno i nie na blogu wiec sie nie liczy,a warte przypomnienia.

Jeden z przyjemniejszych i bardziej wpadajacych w ucho numerow.Zadne euro,zadne italo czy tez inne symfoniczne rozkminki.Po prostu kawal dobrej roboty z 1977.

Jakby na to nie patrzec,Andrea True mimo swojej dosc kontrowersyjnej przeszlosci nagral kilka niezlych numero(i jakby na to nie patrzec dosc wczesnych jak na swoj styl),jednym z nich jest wlasnie ten - What your name what your number.I nie ma co tutaj sie wiecej rozpisywac ,dopisywac historii i zbednej nieistniejacej ideologi.Ot tyle na dzis.A ,jeszcze jedno - jakby ktoś chcial sprawdzac co jest warte posluchania to przychodza mi na mysl teraz dwa tracki ktore moge polecic - More,more more oraz NY you got me dancing.To juz naprawde koniec.

Disco zwyciezy.

Andrea True Connection - What's your name,what's your number (1977)

Candido - Thousand Fingered Man (1979)


Tak sie ostatnio zastanawielm czy jestem jakims tak wielkim fanem afrobeatu.Nie jestem.Doceniam,czasem lubie,owszem.Ale wsluchiwac sie godzinami i podniecac nie bede juz raczej nigdy.Z drugiej strony,pelno afrobeatu w disco,pelno afrobeatu wszedzie(moze dlatego sie tak zniechecilem - przez ostatnie lata nastala chora moda na afrobeat,wypada sluchac).Do czego daze?Chyba do tego ze kubanskoafrobeatowe Jingo Candido nie jest moim ulubionym numerem tego artysty.Moze to i dziwne bo otacza go taki kult i wydaje sie ze kazdy discomaniak powinien wchodzic w jakies stany nirvany podczas sluchania.Ja srednio,owszem,to super numer,klasyk jak malo co.Ale przez ostatnie lata tak oklepany,poprzerabiany ze momentami sie nie da go sluchac.Ale TO sie da.Ciagle.


Thousand Fingered Man.Brzmi jak tytul jakiegos Bonda z Seanem Connery.I w sumie coś w tym jest bo intro w tym kawalku przygniata swoja mistycznoscia i wielkim oczekiwaniem co bedzie dalej.Nie wiadomo co oczekiwac.A dzieje sie duzo,po ponad minucie nagle wchodzi bit i kobiecy glos wyspiewuje w Candidooo w jego rytm.Nadal spokojnie,az tu nagle pianino niczym z earlyhousowych produkcji Davida Moralesa!Dalej jest juz tylko lepiej,wokale nie mecza mimo ze nie sa zbyt wyrafinowane...Ma sie wrazenie ze to naprawde remix do jakiegos soundtracku,moze do filmu grozy z lat 50tych?Totalny klasyk.I teraz pytanie - kto sie nim posluzyl kilka lat wstecz?Francja,podpowiem.

Candido - Thousand Fingered Man (1979)

Disco zwyciezy.

niedziela, 5 października 2008

Marco Trani - Full Time Winter 2(Disco Mix)(1982)


Nie przepadam za składankami na winylu.Jakos mi sie kojarza z masowa niemiecka producja skladankowa z tandetnym disco,ktora zalega wszedzie tonami.Do zmixowanych plyt tez podchodze bardzo sceptycznie,bo zazwyczaj wsrod fajnych numerow trafia sie jakas zenada ktora psuje wszystko.Tutaj jednak jest inaczej.

Plyta Full Time Winter 2 to kolejny cykl z wydawnictwa Full Time - jednego z wazniejszych wytworni europejskich a juz na pewno wloskich w tamtej epoce.Full time oprocz wypuszczania czolowych artystow poznego disco,wczesnego italo i boogie ,wydawalo tez super mixy do ktorego ta seria sie zalicza.Oprocz Full Time Winter byly oczywiscie Spring,Summer - i nie wiedziec czemu nie bylo Autumn.Widocznie jesien jest malo italodisco.Tak,bo tutaj wlasnie uslyszycie wczesne italo,troche disco i boogie.A wszystko slucha sie wysmienicie i dj Marco Trani(notabene nadal aktywny) zrobil to tradycyjnym discomixowym sposobem - nie przejscia najwazniejsze tylko selekcja .To chyba glowny problem dzisiejszych dj - puryzm zamiast dobrej zabawy..ale coz,to juz inny temat.

Tak czy siak,zakup bardzo udany,jednak slychac bardzo lata 80te,ale tutaj to atut,mimo ze strona B odchodzi juz troche za bardzo w strone kiczowatego instrumentalnego italo typu rodem z drugiej polowy lat 80tych.Coz,nie ma idealow.

Tom Hooker - Talk With Your Body
Boeing - Dance On The Beat
Ritchie Family - I'll Do My Best (For You Baby)
Chemise - She Can't Love You
Joker - African

Marco Trani - Full Time Winter 2(Disco Mix)(1982)

Czas: 17:31

Disco zwyciezy.

P.S Wrzucilem to w jakosci 128,bo w 320 pewnie by nikt nie sciagnal,jak ktos chce moge zrzucic w 320,no problem.

wtorek, 30 września 2008

Ahzz - New York moving (1981)


Mam wielka slabosc do instrumentalnych numerow.W mojej wizji - 80% to muzyka,20% wokal.Chociaz te procenty zmieniaja sie bez reguly.Nie koniecznie musza to byc numery z eurodisco,ktora przoduja generalni w wirtuozerii orkiestrowointrumentalnej.Czasem zdarzy sie jednak nieeuropejski rarytas.A tutaj mamy rarytas w pelnym tego slowa znaczeniu.

Utwor z poznej(nie oszukujmy sie ale 1981 to juz pozno!) epoki klasycznych nowojorskich brzmien,prawie 8 minutowy numer ,ktorego to na ludzie na stronach tematycznych opisuja jako ULTRA RARE.A wierzcie mi,w ich ustach to duzo znaczy.Moze niektorych nudzic,to logiczne,instrumentalne disco trzeba po prostu lubic.Ale sprawdzic trzeba zawsze,taka mam zasade.


Sama wytwornia tez do lezacych w kazdym empiku nie nalezy.Nowojorskie Land of hits wydalo pod koniec dekady kilka rzadkich juz teraz bardzo plyt glownie z instrumentalnymi numerami jak ten i raczkujacym wtedy discorapem.Chcialbym miec.Wszystkie.

Swoja droga,ciekawe kto ma te wszystkie ultra rary?Rozsypaly sie juz w proch,zginely,gnija gdzies w piwnicach,domach,a moze wszyscy kolekcjonerzy juz je wykupili?Tego sie nie dowiemy jeszcze dlugo,jedno jest pewno - Dimitri na pewno ma.Ja chwilowo nie.Chwilowo.


Ahzz - New York moving (1981)

Disco zwyciezy

poniedziałek, 29 września 2008

Bebu Silvetti - Voyage of no return (1977)


Mysle ze to zadna nowosc dla ludzi troche w temacie.Absolutnie zaden rare(chociaz plyte kupic nielatwo u NAS),aczkolwiek niesamowity klasyk .

Bebu Silvetti wydal poczatkow wielki salsoulowy hit "Spring Rain"(w bardzo podobnej stylityce),po czym rok pozniej wydal album o tym samym tytule na ktorym znalazlo sie tez Voyage of no return.Plycie nie mozna nic zarzucic,jest to jedna z niewielu takich plyt na ktorych nie przesuwamy numerow(trzeba to oddac Silvettiemu ze na kolejnych trzech rowniez trzymal poziom,a odstep miedzy nimi byl stosunkowo niewielki!)

Doskonaly przyklad orkiestrowego disco easy listnening,ktore spokojnie mogloby sie pojawic na Cocktail Disco Dimitriego,doskonale partie.Salsoulowy klasyk niezyjacego juz Silvettiego wpisal sie juz na stale do kanonu arcydzieł disco.Zdecydowanie slychac tutaj reke Rafael Trabucchelliego - artysty od muzyki klasycznej.

Salsoulowy klasyk,zmarly w 2003 roku Silvetti zostawil po sobie klasyk ktory przetrwa bardzo,bardzo dlugo.
Podroz bez powrotu?No jezeli podroz tyczy sie tego kawalku to na pewno z powrotem.

Bebu Silvetti - Voyage of no return (1977)

Disco zwyciezy

P.S Swietna okladka.

niedziela, 28 września 2008

Amant - If there's love(1978)


Zauwazylem ze chyba za kazdym razem mam wieksza przerwe miedzy kolejnymi postami...niedlugo bede pisal co rok.Chociaz postaram sie czesciej.Zwlaszcza ze w przyszlym tygodniu mam zamiar wrzucic kolejna skladanke jak tylko przyjdzie do mnie jedna plyta ktorej szukalem od dawna(idzie i idzie cos..)

Ale dzis pora na Amant.Amant mysle ze juz wielu doskonale zna z genialnego numeru z mojej Top 10 - Hazy shades of love(pozwolilem sobie swego czasu nawet pociac go conieco zeby nie nudzil za bardzo)



Amant,produkt Raya Martineza to genialny album ktory nie ma slabych punktow..dlaczego?Bo na obu stronach mamy dwie kilkunastominutowe suity - jeden album,2 swietne numery - recepta na sukces.Plyta zostala wydana w 1978,natomiast ten singiel dopiero w 1979 ,napierw na 7"(co bardzo mnie dziwi),dlatego trzymajmy sie daty 1978.

Dzwiek od razu przypomina eurodisco spod najlepszych rak - Cerrone,Costandinos czy Don Ray,szybkie tempo,charakterystyczne chorki,smyczki i przejscia.Idzie sie pomylic momentami.Numer ktory ze spokojem moglby widniec na polce obok takich klasykow jak Love In C minor(Cerrone) czy I found love(Costandinos).Amant nie wydal nic wiecej oprocz tych dwoch klasykow(nie licze New York City nights z 1982 ktore jest baaaaaardzo slabe)ale czasem lepiej trzymac sie zasady ze lepiej mniej a lepiej.Zwlaszcza w disco.

Korzystajac z okazji zapraszam do odwiedzenia mojego kanalu na Youtube
http://pl.youtube.com/user/OssesTheDiscoKing , zamiescilem tam kilka kawalkow z Polish Disco,i pare innych rzeczy ..a reszta z czasem.


Amant - If there's love(1978)

Disco zwyciezy.

P.S Osses Sound - Rare disco gems Vol.4 juz wkrotce!

niedziela, 6 lipca 2008

Gino Soccio - Hold Tight (1981)

Kupilem sobie ostatnio 3 plyty Gino Soccio.Ot tak,w sumie specjalnie nie bylem napalony,licytowalem co innego,a tutaj ustawilem jakas smieszna cene.No i jak to bywa w zyciu,dziwnie wyszlo - tamte rzeczy poszly za jakies astronomiczne pieniadze,a to za grosze.I w sumie dobrze sie stalo bo to klasyk ktory jakos mi zawsze umykal.Sam nie wiem czemu.

Nie wiem czemu bo to rewolucjonista i przejsciowiec ,jeden z niewielu.Duza analogia do Jacques Petrusa - gladkie "bezbolesne" przejscie z disco do italo - bez czizu i tandetnych syntezatorow rodem z Sabriny czy niektorych rzeczy z ZYX records.

Zastanawialem sie ktory numer wrzucic..bo z dosc bogatej kilkuplytowej dyskografii(solidnej bardzo) wiekszosz nadawalaby by sie tutaj.Postanowilem losowa na Hold tight .A na pewno w przyslosci zagoszcza tez inne.

Warto tez,oprocz solowej tworczosci sprawdzic dokonania Kebekelektrik - a wlasciwie jednej plyty,ciekawy koncept,chociaz juz troche mniej moze przyswajalny i luzny.Ciezko dostac w sumie.
Ale najpierw posluchajcie sobie Hold Tight.

Gino Soccio - Hold Tight (1981)

Disco zwyciezy